Refleksje po zawodach trociowych


Od kilku lat uczestniczę w Muchowych Zawodach Trociowych na Łebie, śledzę również w internecie inne, podobne imprezy organizowane na początku każdego sezonu na Słupii, Inie, Redzie...w niektórych uczestniczą moi koledzy.

Na wszystkich rywalizacja polega na złowieniu, zabiciu i przyniesieniu do sędziowskiego stolika wyholowanej ryby. Prezentowane po zawodach zdjęcia wędkarzy z wychudzonymi, często zmrożonymi na kość keltami troci nie są zbyt budujące, wywołują mieszane uczucia... Powiedzmy sobie prawdę; nie o to i nie o takie trofea w wędkarstwie trociowym chodzi...

Praca R.Tracza

Inicjatorami a nierzadko i organizatorami tychże zawodów są Towarzystwa i Kluby Wędkarskie, które na Pomorzu brylują w ochronie trociowych łowisk; budują tarliska, patrolują brzegi rzek, ewidencjonują gniazda tarłowe i pilnują je, także w nocy. Ich członkowie poświęcają swój czas, energię i pieniądze na podtrzymanie tego gatunku w rzekach przymorskich. Ryby w drodze na tarliska muszą pokonać wiele przeszkód: rybackie sieci w morzu i strefach przyujściowych, a kłusownicze pułapki w samej rzece. Część cieków jest nieudrożniona, ma wadliwe przepławki... ryby atakowane są także przez pasożyty i choroby.

Te, które dotrą do miejsc rozrodu, po wytarciu się, osłabione, z dużymi ubytkami masy ciała, są wyławiane przez wędkarzy i w zdecydowanej większości uśmiercane, często przez tych samych, którzy miesiąc wcześniej ułatwiali im wędrówkę w górę rzek. Jest w tym pewien paradoks, sprzeczność, która zastanawia i pobudza do refleksji.

Jeśli w naszym kraju funkcjonuje swoista tradycja rozpoczynania nowego sezonu zawodami trociowymi, to niech już i tak będzie (jeśli musi ?), lecz wyholowane kelty powinny wracać do wody. Zawody trociowe w styczniu i lutym powinny być rozgrywane na „żywej rybie”... dla dobra ryb, łowisk a także organizatorów. Promocja i ranga zawodów „no kill” będzie znacznie większa i wartościowsza, trzeba tylko przełamać zakorzenione nawyki i przyzwyczajenia. Wszystko jest w rękach, a nade wszystko w umysłach wędkarzy zrzeszonych w pomorskich Klubach i Towarzystwach Wędkarskich.

W zawodach uczestniczą również wędkarze z innych części kraju, więc można założyć, że idea „no kill” będzie propagowana i rozpowszechniana, i przynajmniej część z nich zacznie wypuszczać kelty także podczas indywidualnych wypraw na Pomorze.

Odwołam się do swoich doświadczeń z Klubu „Pstrąg”. Gdy w latach dziewięćdziesiątych wprowadziliśmy na zawodach pstrągowo-lipieniowych regułę „no kill”, postanowiliśmy łowić w parach. Jeden dla drugiego był świadkiem i sędzią, a także służył pomocą jeśli zaszła taka potrzeba n.p przy podbieraniu ryby, lub niespodziewanej kąpieli w rzece. Pary były losowane. Dodam, że przyjęte zasady się sprawdziły.

Dzisiaj w powszechnym użyciu są fotograficzne aparaty cyfrowe, więc można rybę i zmierzyć i pstryknąć jej szybką fotkę na udokumentowanie połowu.

Poddaję pod rozwagę i dyskusję powyższe, uzasadnione jak sądzę, propozycje.

Myślę, że już „dorośliśmy” do takich rozwiązań.

W prywatnych rozmowach temat ten przewijał się już od jakiegoś czasu, ale uważam, że najwyższa pora aby stał się jawny i ważny, warty rzeczowej dyskusji, której zwieńczeniem powinno być przyjęcie formuły „złów i wypuść” na zawodach trociowych.

Robert Tracz