Aktualności

Strona 1 z 7  » »»

Warto przypomnieć, że dwa lata temu pojawił się nowy, ciekawy magazyn dla muszkarzy „Sztuka Łowienia“. Kolegów, którzy do tej pory nie mieli go w ręku, zachęcam do sięgnięcia po niego...

Opublikowany przez admin dnia 12-02-2012 Więcej

Październikowe Towarzyskie Zawody Muchowe im.Edmunda Antropika mamy już za sobą. Pogoda i tym razem nas rozpieściła - wprawdzie rano, gdy zebraliśmy się przy grobie Mundzia, był lekki przymrozek, ale za to w południe w słońcu, temperatura dochodziła do kilkunastu stopni. Przy bezchmurnym niebie Bory Tucholskie wyglądały jak malowane a Wda, wiadomo, piękna jak zawsze.

Opublikowany przez admin dnia 25-10-2011 Więcej

Dwie przygody

Wędkarstwo muchowe (spinningowe) to nie tylko bezpośredni kontakt z naturą i wielogodzinne (czasem całodniowe) wędrówki wzdłuż brzegów rzek… To nie tylko taktyka, strategia, sprzęt i technika… To również cała paleta różnorodnych doznań, wrażeń, spotkań z ludźmi i przygód, czasem dziwnych, czasem zabawnych...

Nauczycielki

Tej soboty wracałem znad Kamienicy. Autobusem podjechałem do Bytowa, a po godzinie załapałem się na kolejny, który jechał tylko do Pomyska, gdzie kończył bieg. Wylądowałem na przystanku pod wiatą, usiłując zatrzymać jakąś okazję, lecz chętnych do zabrania mnie - nie było. Zrobiło się ciemno, zaczął siąpić deszcz. Zmęczony i głodny, kombinowałem gdzie by tu wymościć sobie leże i przespać się do rana…
Za moimi plecami znajdował się budynek szkoły. Na parterze, w jednym z pokoi paliło się światło, rozbrzmiewała muzyka, słychać było rozmowy i śmiech. Przez chwilę zamarzyłem, aby tam się znaleźć… ciepło, sucho, miło. Z budynku wyszły dwie młode kobiety i schroniły się pod wiatę, zapalając papierosy. Wywiązała się rozmowa. Widocznie moje odpowiedzi typu; kim jestem i co tu robię o tej porze, przekonały je, gdyż zaprosiły mnie do środka na poczęstunek. W pokoju były jeszcze cztery ich koleżanki, nauczycielki z tej samej szkoły, jak się okazało, które urządziły sobie babski wieczór...
Na przemian podsuwały mi sałatki, wędliny, domowe wypieki, częstowały winem… Byłem dla nich samotnym facetem, który niemal spadł im z nieba, urozmaicając wieczór… więc skwapliwie ten fakt wykorzystały. Do reszty… moich sił. Nie ma nic za darmo - do drugiej w nocy musiałem z nimi tańczyć, a przecież miałem w nogach kilkanaście kilometrów w trudnym terenie! Gdy po kolejnym kawałku niemal przysnąłem w tańcu, w umięśnionych ramionach wuefistki, w końcu zlitowały się nad swoim gościem i zaścieliły mi łóżko w harcówce.
Spałem kamiennym snem do południa w niedzielę.
Obudziły mnie dwie z nich, które po kościele przyszły rozszczebiotane, na kawę ze świeżym ciastem, lecz rozmowa się nie kleiła - myślałem tylko o jednym - o najbliższym autobusie do Gdańska.
To bezsprzecznie była moja najtrudniejsza wyprawa wędkarska!

Dziadek

Tego wiosennego dnia w godzinach popołudniowych wylądowałem na maleńkiej stacyjce, gdzieś między Miastkiem a Sławnem.
Właściwie był to sam peron, a na nim dwie sfatygowane ławki i ani śladu po rozkładzie jazdy. Byłem przekonany iż pod wieczór załapię się na jakiś pociąg do Korzybia, Słupska, czy gdziekolwiek. Usiadłem na ławce i sięgnąłem po termos.
Cały dzień wędrowałem nad niedużym dopływem Wieprzy, usiłując złowić wymiarowego pstrąga. Struga jak marzenie; kręta, dzika, zarośnięta, pełna meandrów i dołków, tyle że wąziutka i płytka. Bodajże dwa lata wcześniej, przy znacznie wyższej wodzie, złowiłem w niej ładne potokowce i wróciłem pociągiem – teraz rzeczka była pusta, może nie całkowicie, bo niewymiarki widziałem, ale jednak. Niewątpliwym walorem tej wyprawy była cisza i samotność nad rzeczułką, jeśli nie liczyć towarzystwa saren, dzików i ptactwa.
W pobliżu peronu stał nieduży, wiekowy budynek z pruskiego muru - wyglądał na opuszczony - w całym obejściu nie widać było żadnej kury, psa ani kota. Po jakimś czasie skrzypnęły drzwi i z budynku wyłonił się chudy, pomarszczony, rozczochrany staruszek. Oddał mocz pod płotem, a potem ćmiąc papierosa w szklanej fifce, drapał się po głowie i przypatrywał mi się podejrzliwie kilka minut, po czym zniknął za drzwiami. Mniej więcej po godzinie sytuacja się powtórzyła. Byłem już zniecierpliwiony długim oczekiwaniem na pociąg - nerwowo przemierzałem pusty peron - więc, gdy wyszedł po raz trzeci, zapytałem go dlaczego tak mi się przygląda.
- Pan to pewnie czeka na pociąg? Jo?
- Czekam. Co w tym dziwnego?
- A no to, że pociongi tendy nie chodzo od roku!
- Dlaczego nie powiedział Pan tego wcześniej?
- Bo Pan nie pytoł.
W zapadających ciemnościach pomaszerowałem sześć lub osiem kilometrów do Korzybia, gdzie przy piwie, w gospodzie „Bajka”, uprosiłem spotkanych milicjantów (byli wędkarzami - łowili na ikrę!), jadących do Słupska, by mnie zabrali swoim autem. W Gdańsku byłem grubo po północy.

Robert Tracz